Uncategorized

197siedem (5)

Amateur

197siedem (5)
OD AUTORKI:
To juz piaty fragment opowiesci. Jesli masz ochote na kolejne, wcisnij „tumb up”. Nadal obowiazuje zasada lajków. Tym razem nieco podnosimy poprzeczke – kiedy bilans wyniesie 25 na plusie, pojawi sie dalszy ciag.
Moja witryna BryzaOdMorza.pl juz istnieje. Jesli zauwaze, ze zaczyna byc odwiedzana, to juz wkrótce powinna znalezc sie tam cala powiesc, juz po korekcie i w profesjonalnym ukladzie graficznym. Bedziecie pierwszymi, którzy zobacza i przeczytaja ja w pelnej wersji.
Zycze przyjemnej lektury.
Monika Jastrzebska

V. BRYZA OD MORZA

Kiedy dwa tygodnie pózniej wracaly wczesnym popoludniem ze szkoly, pogoda byla niemal identyczna, jak wówczas, gdy Jola przezywala nad morzem swa pierwsza milosc. Deszcz zacinal z ukosa i bylo chlodno. Jednak one myslaly juz o wieczorze i o dalszym ciagu historii, która Jola im obiecala.
– Wiesz, ze nie przechodzi mi teraz przez gardlo „pani profesor”, kiedy mówie do Zyrafy. Nawet ta „Zyrafa” zupelnie mi juz nie pasuje. Nic tylko mam w glowie „Nusie”.
– To prawda – przyznala Ania – Ja tez sie na tym lapie. Patrze sie na nia i wyobrazam sobie, jaka byla dwanascie lat temu.
– Powiedz mi, czemu Jola nie chciala Ci od razu wszystkiego powiedziec?
– Nie wiem. Pewnie dowiemy sie tego dzisiaj.

Tym razem Jola byla juz w domu, kiedy Monika tuz przed ósma zawitala do standardowego juz niemal „swojego” sobotniego lokum.
– Mama mówi, ze powinnam u was zamieszkac.
– Nos problemos, czy jak tam ich zwa – Jola tryskala dobrym humorem – Miejsca ci u nas dostatek. Welcome home! Mozesz sie wprowadzac.
– Ciekawe, co by na to powiedzial twój tato, gdybym sie tak naprawde wprowadzila?
– Tatus nie wraca ranki ni wieczory – zacytowala niedokladnie – to po pierwsze, a po d**gie powiedzialby: „zwolnij dziewczyno, bo sie zajebiesz na smierc.” Przepraszam za to wyrazenie, pewnie by tak nie powiedzial, a nawet jesli nie, to z pewnoscia tak by pomyslal.
Monika spojrzala na nia pytajaco.
– Sorry, zdaje sie, ze wzielam zbyt duze tempo, ale was nie ma tak dlugo, a ja mam chandre. Wspomnienia zle na mnie dzialaja. Nie daje sobie dzisiaj ze soba rady. Napijesz sie oczywiscie – stwierdzila na koncu.
– Chce tego co ty. Widze, ze to dziala.
– No to moja Moniu, do dna. Na pohybel komunistom – Mówiac to podala jej szklaneczke z kostkami lodu i nieduza porcja czegos brazowego.
– Co to takiego? – chciala wiedziec Monika.
– Dzisiaj pijemy prawdziwa szkocka. Prezent od klienta. Wszystko za zdrowie Nusi. Nie mozesz odmówic, jesli chcesz, zebym cos jeszcze powiedziala. Taka byla umowa.
Monika spojrzala na szklanke. – Mam to wypic?
– Tu i teraz. Bezwzglednie… Splendid – dodala, widzac, ze Monika spelnila zadanie. – A teraz czekamy na twoja ukochana.
– No, wlasnie mialam zapytac. Gdzie Ania?
– A tego to ja nie wiem. Udala sie w niewiadomym kierunku i zostawila mnie tu sama. A mówiac powaznie, bo czasem sobie zartujemy, to poszla do pawilonu po lody. Chyba je tam produkuje, bo cos dlugo jej nie ma.
– I ty tak biedna sama tu siedzisz i pijesz?
– Teraz juz nie biedna i nie sama, przepraszam. Mam towarzystwo dziewczyny mojej siostrzenicy. Wlasciwie powinnam powiedziec: dziewczyny mojej dziewczyny. Co byloby bardziej trafne?
– Moze dziewczyny mojej kochanki albo kochanki mojej kochanki?
– Och fe, kochanka, co za trywialne slowo. Widze, ze wciaz jestes nie w sosie?
– A z kolei ty nie masz juz dosyc? – Monika nie mogla powstrzymac usmiechu.
– Ja na te chwile moze i tak, ale ty zdecydowanie nie – mówiac to, wyciagnela do niej reke z napelniona do polowy szklaneczka.
– Chcesz mnie upic?
– O niczym innym nie marze – odrzekla Jola z czarujacym, ale szczerym usmiechem. – Wypij prosze, bo jak ty tego nie zrobisz, to ja cie wyrecze, a wtedy to moze juz byc o jednego za duzo. Good girl – pochwalila – Nie wiedzialam, ze lubisz whisky.
– Ja tez nie. Pije ja po raz pierwszy – Monika zaczynala czuc przyjemny szmerek w glowie. – Czy to jest mocne?
– Nie bój sie. Bede miala na ciebie oko. Ale póki co, musisz wypic jeszcze jednego, bo inaczej zlapiesz jakies cholerstwo od tego deszczu. Boze, ty jestes calkiem mokra. – zauwazyla nagle. – Gdzie ja mialam oczy? – Mówiac to wsunela jej reke pod majteczki i gleboko westchnela. – Tutaj tez… A najlepiej idz pod goracy prysznic, a ja ci tam przyniose szklaneczke… Ale zanim pójdziesz, to dokoncz te – krzyknela, widzac, ze Monika lekko chwiejnym krokiem podaza juz w strone lazienki.
Kiedy kwadrans pózniej Ania wrócila do domu, przywitala ja cisza. Tylko zza drzwi lazienki dochodzily odglosy lecacej wody. Otworzyla drzwi i spojrzala. – No prosze, zostawic je same, a juz swintusza – powiedziala glosno, komentujac to, co zobaczyla. Przekrzykujac odglos prysznica spytala:
– Moge sie przylaczyc? – i nie czekajac na odpowiedz, blyskawicznie zrzucila z siebie ubranie. Katem oka dostrzegla stojaca na szafce niemal pusta butelke po whisky.

– Aniutka, zamiast zrzedzic jak twoja matka, a moja starsza siostra, zacznij wyrównywac poziom. – przytomnie zauwazyla Jola – Bo inaczej, my tu niedlugo padniemy, a ty zostaniesz sama jak palec i tyle bedziesz miala z wieczora.
– Nic z tego. Wy juz macie dosyc. A poza tym masz nam opowiedziec, co bylo dalej. Po to sie przeciez tu zebralysmy.
– Po to, nie po to, ja i tak wiem, co wy po nocy robicie, jak mnie nie ma. A ja opowiem wszystko, zgodnie z umowa, ale tylko pod warunkiem, ze ty sie napijesz, bo nie chce miec przed soba takiego smutasa, który bedzie robil miny. Zreszta pod prysznicem nie przeszkadzalo ci, ze troche wypilysmy.
– To bylo pod prysznicem, a teraz mamy razem posiedziec i jak nadal bedziecie tak pily, to nic z tego nie wyjdzie.
– No to przestan wreszcie nawijac i wez z barku nowa butelke. Nalej sobie i nie zmuszaj mnie, bym zrobila to samo.

– To byly inne czasy – wrócila do przerwanej przed dwoma tygodniami historii Jola. – Dzieciaki mialy wówczas ustalona pozycje w rodzinie i zwiazane z tym obowiazki. I kiedy ja mialam stosunkowo duzo luzu, to u Nusi bylo zupelnie inaczej. Oni mieszkali wówczas na Placu Ratuszowym. Wówczas to miejsce wygladalo inaczej niz dzisiaj. To bylo jeszcze zanim komunisci wyburzyli cale centrum miasta. Ich mieszkanie miescilo sie na pierwszym pietrze w jednej z centralnych kamienic i bylo dziwne. Mówie „dziwne”, bo bylo to takie mroczne i troche niesamowite miejsce. Wchodzilo sie na pierwsze pietro i zaraz po wejsciu do srodka, po lewej stronie byla ciemna kuchnia, bez okna. Miala takie pólkuliste sklepienie jak w kosciele. Na wprost byly drzwi do duzego pokoju. Ten pokój to bylo centralne miejsce domostwa, które zajmowali jej rodzice. A z kolei stamtad przechodzilo sie do takiego malego, waskiego pomieszczenia, które bylo pokoikiem Nusi. Jej tato handlowal na rynku. Mial tam swoja bude. Rynek – dzisiaj sie na to mówi „targ” – byl wówczas na Obronców Pokoju. Wzdluz tej ulicy byly trzy takie ryneczki i na tym ostatnim, najwiekszym, prowadzil swój interes tato Nusi. Ten interes to byla taka komórka, jedna z wielu w dlugim ciagu komórek i on tam handlowal róznymi starociami, a glównie meblami. Z tego co pamietam, bylam z Nusia u niego pare razy. Nawet jadlysmy tam w jednym z sasiednich przybytków, który byl taka jadlodajnia, czy jakby to tam nazwac. To byly chyba pierogi ruskie. Rynek odbywal sie trzy razy w tygodniu w tak zwanych „dniach targowych”, czyli w poniedzialki, srody i piatki. Ale w pozostale dni ojciec Nusi równiez pracowal, jezdzac po okolicy za tymi meblami i zwozil je wówczas na ten rynek. W dni targowe siedzial tam w tej budzie od rana i sprzedawal to, co udalo mu sie wczesniej sciagnac. U nich nie bylo biedy. W klasie byly rózne dzieciaki, z rodzin mniej lub bardziej zamoznych, ale w tamtych czasach tych róznic raczej sie nie widzialo. Moze troche po ciuchach, ale tak naprawde, to te róznice wychodzily dopiero wtedy, kiedy trzeba bylo przyniesc do szkoly jakies pieniazki na cos. Wtedy jedni przynosili je od razu, a inni na ostatnia chwile. Jednak nie pamietam, zeby z tego powodu komus robiono przykrosci. Wracajac jednak do tematu – wspomnialam o tych obowiazkach. Otóz Nusia musiala spedzac duzo czasu w domu. Prosto po szkole wracala tam, sprzatala i czekala, az mama przyjdzie z pracy z obiadem w menazkach. Potem jedli razem ten obiad i kolejne obowiazki, jakies tam pranie lub co innego. Raz w tygodniu spotykalysmy sie wieczorem na lekcji religii. Tak wiec na co dzien musiala nam wystarczyc szkola. Ale co mozna bylo w szkole? Siedzialysmy razem w lawce i tyle nasze, co porozmawialysmy na przerwie. Ani tu sie przytulic, ani pocalowac, czy chocby zlapac za reke. Nic.

– I wtedy przyszedl mi do glowy zupelnie szalony, biorac pod uwage okolicznosci, pomysl, zeby Nusia pojechala z nami na wakacje nad morze. To znaczy ze mna i z moimi rodzicami. Byla to naprawde karkolomna idea. Nie ze wzgledu na koszta czy inne obiektywne przeszkody. Problemem bylo przekonanie jej rodziców, a wlasciwie glównie jej ojca, ze Nusia powinna z nami pojechac. Jej mama to byla dobra kobieta i ugodowa. Ojciec mial jakies tam swoje surowe zasady. Nie zeby tam bil Nusie czy cos takiego, ale trudno bylo cokolwiek u niego wyprosic. Chcialysmy raz czy d**gi, zeby Nusia zostala u mnie na noc i nie bylo o tym mowy. Innym razem chcialysmy pójsc na szkolna zabawe, która byla organizowana pod koniec roku. Prawie wszystkie dzieciaki przyszly, ale nie Nusia. To wszystko zdaniem jej ojca, nie bylo jej do niczego potrzebne. Swoja droga to cud, ze Nusia wyjechala wtedy z klasa na te trzy dni nad morze.
– No i mój pomysl z wakacjami. Mysle, ze tylko mlody czlowiek moze w takiej sytuacji miec nadzieje, ze z tego cos wyjdzie. Oczywiscie zaangazowalam w to swojego tate – dziadka Ani. Tatko wiedzial, ze przyjaznie sie z Danusia. Tyle o niej opowiadalam od powrotu znad morza. Widzial, ze ja lubie i widzial, jak mi bardzo zalezy na tym wspólnym wyjezdzie. I postanowil wziac sprawy w swoje rece. Pamietam któregos wieczoru, kiedy wrócilam do domu z lekcji religii, przyszedl do mojego pokoju i powiedzial: „Pójdziemy tam razem w sobote. Porozmawiam z rodzicami twojej kolezanki.”
– Ja musze przyznac, ze wierzylam w talent mojego taty. Juz wówczas byl swietnym adwokatem i mimo nieciekawych czasów zachowal godnosc i byl szanowany i lubiany przez ludzi. To byl okres glebokiej komuny. Ja wtedy – wiem to dzis z perspektywy czasu – bylam chroniona przez rodziców i nie do konca zdawalam sobie sprawe, w jakiej rzeczywistosci zyjemy. Ale to tak na marginesie. A wiec tato byl niezlym prawnikiem i potrafil ludzi przekonywac, a to byla sztuka. I ja wierzylam, ze korzystajac z tych swoich umiejetnosci, uda mu sie cos wskórac w rozmowie z ojcem Nusi.
– Nadeszla sobota i poszlismy tam. W korytarzu, to znaczy na tej klatce schodowej, nie bylo swiatla. Pewnie zarówka sie spalila, albo ktos wykrecil, bo bylo kompletnie ciemno. Udalo nam sie jakos wejsc na pierwsze pietro. Otworzyla nam Nusia i usmiechnela sie bardzo niepewnie. Dygnela przed tata jak mala dziewczynka. Pamietam, jak on pogladzil ja po glowie i powiedzial: „Czesc kochanie”, a z tego duzego pokoju dobiegl nas potezny ryk: „No, kogo tam znowu niesie?”. Podazylismy w tym kierunku. Zarówno ojciec jak i mama Nusi byli elegancko ubrani, a wiec widocznie przygotowali sie na przyjecie goscia. Bo Nusia oczywiscie uprzedzila rodziców, ze przyjdziemy, chociaz nie wyjawila celu wizyty. Mój tato wreczyl bukiet gozdzików mamie Nusi i przywital sie z jej ojcem. Na stole zaraz pojawily sie pólmiski z kanapkami i czyms tam jeszcze, oczywiscie nie zabraklo tez karafki z alkoholem i kieliszków.
– No i zaczeli rozmawiac. Mój tato, swietny dyplomata, zaczal od tradycyjnego „a co tam panie w interesach?”, z tym ze oczywiscie uzyl innych okreslen. Zapytal o meble, a ze znal sie troche na tych rzeczach, to z panem Walerym, bo tak mial na imie ojciec Nusi, szybko znalezli wspólny jezyk. Nas zaraz na poczatku odeslali do pokoju Nusi. Ojciec Nusi zaryczal swoim charakterystycznym basem: „Niech dzieci ida do siebie i zajma sie swoimi sprawami.”. „Dzieci – mialysmy po siedemnascie lat, ale niech mu tam bedzie, byle by sie tylko zgodzil” – pomyslalam. Siedzialysmy w tym malutkim pokoiku jak na szpilkach. Od czasu do czasu dochodzily nas jakies odglosy z duzego pokoju, ale poniewaz drzwi byly zamkniete, trudno bylo wylapac szczególy. Ale im dluzej to trwalo, tym czesciej slyszalysmy wybuchy smiechu i porykiwania pana Walerego. Zrobilo sie juz naprawde pózno, bo pamietam, ze za oknem bylo zupelnie ciemno. Kiedy wreszcie drzwi sie otworzyly, weszla mama Nusi i powiedziala: „Dziewczynki, pozegnajcie sie, Jola juz idzie do domu.”
– Nikt nic nie mówil. Tato tylko uscisnal dlon ojcu Nusi, pocalowal w reke pania Walentyne i wyszlismy. Mój kochany tatko wiedzial, na co czekam, dlatego nie bawil sie w zadne ceregiele i jak tylko zeszlismy na pólpietro, w tej kompletnej ciemnicy powiedzial: „No to bedziesz miala, to o czym marzysz”. Rzucilam mu sie na szyje. A on na to: „Ej córcia, ostroznie, bo zlecimy ze schodów i z wyjazdu beda nici.”
– Nastepny tydzien to byl ostatni tydzien szkoly. W sobote, dokladnie siedem dni po wizycie w domu Nusi, odebralysmy nasze swiadectwa i razem poszlysmy, ale nie jak zwykle w strone jej domu, a w strone ulicy Slowackiego. Bo ku mojemu zaskoczeniu i ogromnej radosci Nusia miala tego dnia po raz pierwszy zostac u nas na noc. Gadalysmy przez cala droge jak najete. Bylysmy szczesliwe.
– Tej nocy spalysmy obie na moim lózku. Ja cale zycie od najmlodszych lat mialam duze podwójne lózko, a potem podwójna rozkladana wersalke. Nie ze wzgledu na kogos, ale po prostu zawsze lubilam sie wygodnie wylegiwac, a ze w pokoju bylo dosyc miejsca na taki wiekszy mebel, wiec rodzice nie robili z tym problemów. My oczywiscie tamtej nocy wykorzystalysmy to wyrko do naszych wlasnych celów, ale byla to nasza slodka tajemnica.
– Wieczorem powiedzialam Nusi cos, co wczesniej z pelna swiadomoscia przemilczalam w obawie, ze moze to dotrzec do jej ojca, a w rezultacie zniweczyc nasze wakacyjne plany. Otóz my z rodzicami jezdzilismy od lat na wakacje do tej samej miejscowosci, dokladnie w to samo miejsce. I chodzilismy na te sama plaze. I na tej plazy opalalismy sie i kapalismy na golasa. To bylo taki ustronny zakatek, który juz od dawnych czasów byl plaza dla nudystów. No oczywiscie nie tylko my tam bywalismy, wielu przyjezdnych wybieralo ten wlasnie skrawek wybrzeza. Ponoc juz przed wojna bylo to bardzo popularne i uczeszczane miejsce. Ja od malego urzedowalam na plazy na golasa i nigdy sie tego nie wstydzilam. Wrecz dziwilo mnie, ze ludzie wybieraja jakies bezsensowne, zatloczone plaze i kitlasza sie tam w strojach, kiedy tutaj jest taka wolnosc i przestrzen. Zawsze czulam sie tam swietnie. Nigdy nie bylo zbyt tloczno, nikt na nikogo nie zwracal uwagi. Miejscowi nie zagladali tam w ogóle. Jakby szanowali odrebnosc „tych ze stolicy”, jak to sie tam mówilo o wszystkich przyjezdnych, niezaleznie od tego, czy ci rzeczywiscie byli ze stolicy, czy tez nie. Jednym slowem sielanka dla letników i okazja zarobku dla miejscowych.
– No i tam wlasnie mialysmy z Nusia trafic tego lata. Oczywiscie Nusia jak tylko uslyszala, jaka to jest plaza, to zrobila glupia mine i zapytala, czy rzeczywiscie bedzie musiala sie rozbierac przy moich rodzicach. A ja jej na to: „Jak nie chcesz, to nikt cie do tego nie zmusi, ale ja bede latala na golasa, bo to kocham”. Nie musze mówic, ze juz pierwszego dnia, po jakichs dwóch godzinach, Nusia razem ze mna ganiala po plazy bez ciuchów.
– O samych wakacjach wlasciwie moglabym powiedziec tylko jedno zdanie: bylo jak w raju. Wymarzona pogoda i trzy tygodnie wolnosci. Kazdy dzien byl inny, piekny, niepowtarzalny. Nusia szczesliwa i rozesmiana, coraz bardziej opalona. I to wszedzie. Ja zreszta tez. Kazdej nocy sprawdzalysmy, czy zostaly nam jeszcze jakies biale miejsca i pokrywalysmy je pocalunkami, tak zeby zniwelowac róznice.
– Przykleila sie do nas ta mala pani Lucynki. Elunia. To bylo slodkie dziecko. Mówila na nas „ciocie” i wszedzie za nami chodzila. Miala wówczas chyba ze cztery latka.
– A my od pierwszego dnia glównie urzedowalysmy na plazy. Tak jak mówilam, latalysmy z golymi dupami i bylo nam tak dobrze. Mialysmy swój grajdolek w pewnej odleglosci od rodziców i tam nie musialysmy sie z niczym kryc. Jak chcialam Nusie pocalowac, to to robilam. Moglysmy sobie zreszta pozwolic nawet na cos wiecej.
– Nie ma nic piekniejszego, jak lezec nago na plazy. Czuc na sobie gorace promienie slonca i lekka bryze od morza. Glaskac pupe Moni i widziec, jak od twojego glaskania dostaje gesiej skórki. Uwielbialam to robic. Kladlam jej glowe na plecach i leciutko muskalam paluszkiem jej pupe. Nigdy nie bylam tak szczesliwa, jak wtedy.

– Czy dziadkowie wiedzieli, co tak naprawde jest miedzy wami? – spytala Ania.
– Tatko wszedl któregos dnia do naszego pokoju. Wybral taki moment, kiedy Nusia byla na dole i rozmawiala o czyms z Franciszka. Wszedl i zapytal: „Jestes szczesliwa córeczko?”. „Tak tatusiu” – odpowiedzialam. „To dobrze”. I juz mial wyjsc, ale nagle sie zatrzymal, odwrócil i powiedzial: „Sliczna ta twoja Nusia.”. A po chwili: „Naprawde piekna z was para”. Usmiechnal sie i wyszedl. To nie mógl byc przypadek. Mysle, ze twój dziadek w ten delikatny sposób chcial mi powiedziec, ze wie.

– Nie mialysmy wówczas pojecia, ze zycie tak sie ulozy, ze beda to nasze pierwsze i zarazem ostatnie wspólne wakacje.
– Trzecia klasa. Miedzy nami nadal bylo cudownie. Ale poza szkola wciaz malo okazji do spotkan. Zmienilo sie o tyle, ze srednio raz w miesiacu rodzice – a wlasciwie ojciec Nusi – pozwalali jej u mnie nocowac. Wtedy nadrabialysmy stracony czas. Zawsze w te niedziele chodzilysmy nieprzytomne z niewyspania, ale pijane z milosci.
– Nastepne wakacje spedzilysmy niestety osobno. Mówilam juz, ze Nusia miala zdolnosci do jezyków. Szczególnie dobra byla w rosyjskim. I wtedy w 1966 zajela d**gie miejsce w wojewódzkiej olimpiadzie jezyka rosyjskiego. Wówczas województwo obejmowalo caly Dolny Slask i to byl nie lada sukces. W nagrode miala wyjechac do Sowietów w czasie wakacji. Dlugo o tym rozmawialysmy. Ona chciala z tego wyjazdu zrezygnowac, bo wiedziala, ze jadac tam straci szanse spedzenia czasu ze mna, ale ja nie moglam na to pozwolic. Poza tym gdyby zrezygnowala, to jej ojciec by sie wsciekl i z naszego wspólnego spedzania czasu i tak nic by nie wyszlo. To przewazylo. Tak wiec w lipcu ona wyjechala na wschód, a ja dwa tygodnie pózniej z rodzicami do Jugoslawii. W sierpniu Nusia byla ze swoja mama u dziadków na wsi.
– Wakacje minely, a czwarta klasa to juz przygotowania do matury, potem sama matura. Po maturze egzaminy wstepne. Razem zdawalysmy do Warszawy. Z tym, ze ja na prawo, a ona na filologie rosyjska. Praktyki robotnicze na roku zerowym wypadly nam w innych terminach i znowu nasze wakacje sie rozminely.
– Jak sie zaczely studia, to mieszkalysmy w róznych akademikach, ale spotykalysmy sie regularnie i udawalo nam sie spedzac razem noc od czasu do czasu. I pewnie wszystko by sie jakos ulozylo gdyby nie marzec szescdziesiatego ósmego. Obydwie zaangazowalysmy sie w to, co sie dzialo na uniwerku. W rezultacie, kiedy wszystko upadlo, i ja i mnie wyrzucili z uczelni.
– Nasz swiat sie zawalil. Pamietam, jak siedzialysmy w kawiarni na Nowym Swiecie i zastanawialysmy sie, co robic. Po naszym powrocie do Jeleniej mój tato mocno sie w te sprawe zaangazowal. On mial kupe znajomosci. Kiedys wybronil od wiezienia jakiegos gówniarza, syna lokalnego kacyka. Ojciec nie bawil sie w zadne uklady z komuchami, ale w tym wypadku szkoda mu bylo chlopaka. Z glupoty wpakowal sie w jakas kabale i grozilo mu pare lat odsiadki. A wcale nie byl zly, po prostu przypadek. I ojciec wyciagnal go jakos z tego wszystkiego. Ten kacyk przylazil wtedy do ojca, chcial sie odwdzieczyc. Dawal nawet jakis talon na samochód, ale tato nic od niego nie chcial. Wtedy on powiedzial, ze ma u ojca dlug i jesli ojciec kiedykolwiek bedzie potrzebowal pomocy, to moze walic do niego jak w dym.
– I wtedy w szescdziesiatym ósmym tatko do niego poszedl. Pamietam, ze nie wahal sie ani chwili. Kiedy ja usilowalam go powstrzymac, powiedzial: „Tu nie chodzi o mnie. To jest zycie twoje i Nusi. Moga was zgnoic.”
– Facet przylazl po jakims tygodniu. Powiedzial, ze cofnieto moje relegowanie z uczelni, jesli zas chodzi o Nusie, to nic sie nie dalo zrobic. Filologia rosyjska to byl kierunek, na który „towarzysze radzieccy kladli szczególny nacisk”. Tam nie moglo byc zadnych „elementów antysocjalistycznych”. Powiedzial, ze udalo mu sie zalatwic tyle, ze poza Warszawa Nusia bedzie mogla próbowac, ale na innym kierunku. Filologia rosyjska nie wchodzila w gre.
– Plakalysmy razem, jak przyszlo nam sie rozstac. Ja wrócilam do Warszawy, a Nusia zostala w Jeleniej. Od nastepnego roku rozpoczela studia na AWF-ie wroclawskim. Przez nastepne lata spotykalysmy sie sporadycznie.
– Ja po studiach wyjechalam na praktyke do Londynu, a ona dostala prace w jakiejs dziurze pod Wroclawiem. Kiedy ostatnim razem sie spotkalysmy, ja wciaz myslalam, zeby zostac w Anglii, a ona byla na tym zadupiu bez szans, zeby sie stamtad wyrwac.
– Czesto o niej myslalam. Zastanawialam sie, czy nie ma do mnie zalu o to, co stalo sie w szescdziesiatym ósmym. To ja ja wciagnelam w ten ruch studencki, a potem miekko wyladowalam, podczas kiedy ja wykopano. Nie mialam odwagi szczerze z nia porozmawiac. Poczatkowo pisalysmy do siebie, ale z czasem i to ustalo. W koncu ja wrócilam do Jeleniej, mialam mnóstwo pracy. Przed rokiem przypadkiem dowiedzialam sie, ze i ona tutaj jest i dostala prace w naszym ogólniaku.
– Zadzwonilam do niej do szkoly tuz przed rozpoczeciem roku szkolnego. Uslyszalam, ze sie bardzo ucieszyla. Nie miala pojecia, ze jestem w Jeleniej. Umówilysmy sie, ze ona za jakis czas zadzwoni i sie spotkamy, ale nie zadzwonila. Nie wiem, co sie stalo. Nie wiem, czemu nie chciala sie spotkac. Nie dzwonilam juz wiecej, bo nie mam zamiaru pakowac sie w jej zycie z butami. Moze ma do mnie o cos zal, albo z kims jest? I teraz nagle ty mi powiedzialas, ze ona was uczy i ze sie o mnie pytala.
Jola posmutniala.
– Ot i cala historia. Chcialyscie wiedziec, to juz teraz wiecie. Zycie jest do dupy. Nic dodac nic ujac. Oby wam sie lepiej ulozylo. My nie mialysmy szczescia. Chociaz tego co przezylam, nie oddalabym za nic.
Butelka Joli byla prawie pusta.
– Nie budzcie mnie rano – rzucila na odchodnym.

Bir cevap yazın

E-posta hesabınız yayımlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir

antep escort izmir escort tuzla escort