Uncategorized

KWIAT PAPROCI 20

Anal

KWIAT PAPROCI 20
Pustólecka byla wsciekla. Nic nie wychodzilo jej tak, jak chciala. Caly wielki plan ucieczki wzial w leb. Z bardzo prozaicznego powodu. Jakiego? Ano takiego, ze wieczorne szalenstwa w domu wodza Druzgota zaczely sie stawac tradycja.
Gdy wieczorem wrócila do domu, zaraz po wieczerzy zaczely sie lózkowe szalenstwa. Tym razem to Pokrzywa zajela sie Druzgotem. Byc moze wypadla jej kolej? Sama Pustólecka natomiast zajely sie pozostale kobiety. Wreszcie miala okazje zapoznac sie blizej z Komosa. Okraglutka zona Druzgota, miala, jak sie okazalo, bardzo ruchliwy i sprawny jezyczek. Pustólecka przekonala sie o tym na wlasnej skórze, gdy Komosa wjechala glowa pomiedzy jej uda. Mlode blizniaczki natomiast uwiesily sie na piersiach Pustóleckiej, na zmiane ssac, lizac i delikatnie przygryzajac brodawki. Pustólecka momentalnie zapomniala o swoich zlych humorach i dala piekny pokaz wrzasków. A gdy juz zabawa sie skonczyla, byla zbyt rozleniwiona orgazmami, aby silic sie na jakiekolwiek próby ucieczki.
Do tego jeszcze doszla sprawa z mlodym Kakolem. W srodku nocy obudzilo Pustólecka niejasne poczucie zagrozenia. W swietle dogasajacego luczywa, dostrzegla skradajacy sie ku niej cien. Nie przejela sie tym zbytnio, dopóki nie dostrzegla w rece tajemniczego osobnika dlugiego noza. Nim zdazyla sie podniesc, skoczyl na nia. Zakotlowalo sie, narobila wrzasku i obudzili caly dom. Gdy zapalono pochodnie, okazalo sie, ze to Kakol próbowal wziac odwet na Pustóleckiej za numer, jaki mu wyciela w szopie. Kiedy sprawa sie wyjasnila, oboje dostali od Druzgota solidna reprymende. Potem Kakol wypadl z chalupy i przepadl bez sladu. Prawdopodobnie uciekl do lasu odreagowac. W domu nie przejeto sie zbytnio jego calodzienna nieobecnoscia. Najwyrazniej nie byl to pierwszy raz. Ale Druzgot i jego kobiety zaczeli patrzec na Pustólecka niechetnie. Dawno juz zauwazyla, ze wszyscy oni mieli tendencje do wpadania ze skrajnosci w skrajnosc. Od surowego okrucienstwa do goracej zyczliwosci i na odwrót. Miala tylko nadzieje, ze wódz nie planuje jej dolaczyc do grona, stojacych przed walami, posagów. I to byl kolejny powód, by wydostac sie stad jak najszybciej.
Ale jesli co wieczór bedzie dochodzilo do takich zabaw, to nigdy nie bedzie miala okazji sie stad wydostac. Koniecznie musiala cos wymyslic. A im dluzej nad tym myslala, tym bardziej dochodzila do wniosku, ze zostalo jej tylko jedno wyjscie. Postanowila wprowadzic je w zycie nastepnego wieczoru.
*
Galopowal przez las, nie zwazajac na galezie bijace go o twarzy. Wieksze niebezpieczenstwo stanowily jednak wystajace korzenie. Kazdy z nich mógl zakonczyc jazde w bardzo niebezpieczny sposób, a co gorsza, uziemic go na dobre. Wypatrywanie korzeni w slabym swietle ksiezyca graniczylo z cudem, totez calkowicie zdal sie na instynkt wierzchowca.
Nie obawial sie, ani dzikich zwierzat, ani ludzi. Donosny tetent skutecznie, juz z daleka, ostrzegal i odstraszal wszelkie zwierzeta. Ludzi natomiast na szlaku przebytym przez wojska Maslawa nie bylo i byc nie moglo, jesli ze wszystkimi napotkanymi postepowal tak, jak w tamtej zagrodzie.
Msciwój zacisnal zeby. Bezsensowne okrucienstwo bylo dla niego glupota i nie moglo prowadzic do niczego dobrego. Jesli tak samo postapia z osada…
Choc byl kiepskim tropicielem, nie mial problemu z odnalezieniem tropu. Szlak wydeptany przez zbrojnych Maslawa, byl dobrze widoczny w ciemnosciach i nawet slepiec bez trudu odnalazlby droge. Popedzil konia. Jesli nie zdazy na czas, dojdzie do masakry.
*
Wojownik schylil sie u wejscia do szalasu, ale zaraz sie cofnal. Smród zgnilizny wydobywajacy sie stamtad byl wprost obezwladniajacy. Zbieral sie w sobie przez chwile. W koncu nabral powietrza i wszedl. Natychmiast pozalowal tej decyzji, ale wiedzial, ze nie ma innego wyjscia. Predzej, czy pózniej musial to zrobic. Oczywiscie, wolalby jak najpózniej, ale z d**giej strony, im predzej bedzie mial to za soba, tym lepiej.
Wewnatrz plonelo niewielkie ognisko, nad którym bulgotal kociolek, wypelniony czerwona mazia. Z sufitu zwisaly peczki ziól, w kacie, na pienku lezaly niezbyt ciekawie wygladajace narzedzia. W porównaniu z zawartoscia dawnej chaty wiedzmy, zawartosc szalasu przedstawiala sie nader skromnie, by nie rzec ubogo.
Przy ognisku krzatala sie Dragisa. Jak zwykle, gdy odprawiala jakis rytual, byla naga, za wyjatkiem przepaski na biodrach. Lecz jakze róznila sie od tej pieknej kobiety, budzacej pozadanie wielu mezczyzn! Tylko troche przypominala dawna Dragise.
Te troche, to byla lewa polowa jej ciala. Tak samo piekna i pociagajaca. Gdyby nie widziec reszty, mozna by powiedziec, ze to ta sama kobieta, co kiedys. Jednak to ta reszta stanowila najwiekszy problem wiedzmy, doprowadzajac ja do frustracji, graniczacej z szalem.
Prawa strona jej ciala pokryta byla, mocno obwisla i upstrzona licznymi wrzodami, skóra. Skóra w wielu miejscach odpadala, ukazujac gnijace mieso. Tam gdzie odpadla, niemal natychmiast odrastala na nowo, po to jednak, by wkrótce znowu odpasc. Byl to efekt licznych prób Dragisy, starajacej sie przywrócic za wszelka cene dawny wyglad. Cala ta regeneracja nie zdawala sie zatem na wiele. Tak jak i inne czary. Dragisa chodzila wiec wsciekla i wszyscy trzymali sie od niej z daleka.
Prawa czesc twarzy wiedzmy wygladala, jak z najgorszych koszmarów. Oko wygladalo tak, jakby mialo zamiar lada chwila wyplynac i na zawsze pozegnac sie z reszta ciala. Kacik ust opadal nisko w dól, odslaniajac czesciowo popsute zeby. Malzowina ucha byla rozciagnieta, rozerwana i… pusta. Gnijace ucho nie utrzymalo bowiem czerwonego kolczyka i wiedzma zgubila go, sama nie wiedzac gdzie.
Równie koszmarna byla róznica miedzy jej piersiami. Z lewa, jedrna i kuszaca, o apetycznie sterczacej brodawce, kontrastowala niemilo prawa. Obwisla, siegajaca niemal brzucha i z rozciagnietym sutkiem, z którego ciekla ropa. Cala piers pokryta byla oczywiscie skóra, która albo odpadala, albo, za przykladem sutka, ociekala ropa z licznych wrzodów. Z rany nad piersia, jaka zadala kula D’Oberona, wciaz ciekla zielonkawa posoka, wymieszana teraz z ropa. Mimo usilnych staran, nie udalo sie wiedzmie jej zaleczyc. Efektu nie poprawial ametyst, wiszacy na szyi Dragisy. Swiecil bladofioletowym blaskiem, lecz tak trupio zlowrogim, ze patrzacy z miejsca dostawal ze strachu gesiej skórki.
Wojownik przelknal sline. Staral sie zapanowac nad zbierajacym sie nieublaganie, odruchem wymiotnym. Wiedzial, jak bardzo rozwscieczaja obecnie Dragise wszelkie uwagi i aluzje na temat jej nowego wygladu, znaczace spojrzenia, a przede wszystkim oznaki obrzydzenia. Paru wojowników juz sie o tym zdazylo przekonac. Jeden lezal teraz obok ogniska. Mial wyjete galki oczne, serce i watrobe, no i oczywiscie uciete genitalia, a do tego spuszczono z niego cala krew. Wszystko to, poza sercem, które wiedzma od razu skonsumowala, warzylo sie teraz w kociolku nad ogniem.
Mezczyzna nie byl tchórzem. Byl jednym z najokrutniejszych wojowników Kusaja, krwiozerczoscia dorównujacy niemal swojemu wodzowi. Uniknal masakry w Kusoo, bo z grupka ludzi przebywal akurat na wyprawie lupiezczej. Wracajacych zatrzymala Dragisa, ratujac przed pewna smiercia w osadzie. Nie mogli z poczatku uwierzyc w smierc swego wodza, którego powszechnie uwazano za niezwyciezonego. Jednak wyglad Dragisy skutecznie przekonal ich, co do prawdziwosci jej slów.
Nie byl wiec tchórzem, ale sama mysl o przebywaniu choc przez chwile w towarzystwie rozchwianej emocjonalnie i niestabilnej psychicznie wiedzmy, przyprawiala go o przerazenie, graniczace z panika. Przelknal ponownie sline i sklonil sie nisko.
– Pani…
Odwrócila sie i spojrzala ostro, a on poczul, jak jadra mu sie kurcza i uciekaja w glab ciala. Prawe oko zezowalo na niego dziwnie. Wiedzial dobrze, ze Dragisa lubi, gdy rozmówca patrzy jej prosto w oczy, ale w tym wypadku stawalo sie to niewykonalne.
– Mów! – zachrypiala.
Jej glos byl adekwatny do wygladu. Ze zniszczonego w polowie gardla, slowa wydobywaly sie, jak z glebin piekielnych czelusci. Sam juz teraz nie wiedzial, co jest gorsze. Jej wyglad, jej smród, czy jej glos.
– Pani, Przybysz opuscil osade. Wraz z szalonym starcem i paroma jeszcze, ruszyl na ziemie Jacwingów.
– Co? – zdziwila sie wiedzma. – Po co tam idzie?
Myslala intensywnie przez chwile. Nie miala niestety, swojej ulubionej, w takich przypadkach, przegryzki.
– A Korzen? – spytala ostro. – Co z Korzeniem?
Czekal na to pytanie.
– Korzen zostal pod opieka starej kaplanki. Poteznymi czarami sie zabezpieczyla.Nasi ludzie wkradli sie noca do osady i podeszli pod jej dom, a wtedy cala chalupa zaczela sie trzasc i swiecic swiatlami dziwnymi. Ledwo z zyciem uszli.
Przezornie nie wspomnial o swoich podejrzeniach, ze zwiadowcy po prostu uciekli przy pierwszych oznakach niebezpieczenstwa. Dragisa natychmiast by ich zabila, a na to nie mogli sobie pozwolic. Zostalo ich zbyt malo. Oczywiscie, byli jeszcze ich ludzie po paru innych osadach. Ale jesli wiesc o smierci Kusaja sie rozeszla, mogli juz byc wybici, lub rozproszeni.
Dragisa tymczasem syczala wsciekle. Po raz kolejny stara kaplanka krzyzowala jej szyki. Majac Korzen, mialaby szanse wrócic do dawnego wygladu. Obecne zabiegi nie dawaly zadnych rezultatów. A czas uciekal.
– Rygor! – warknela, a wojownik wyprezyl sie jak struna. – Czy zwiadowcy poszli za Przybyszem?
Jeden z wrzodów na twarzy wiedzmy pekl i struzka ropy splynela po gnijacym policzku. Rygor z trudem nad soba zapanowal.
– Oczywiscie, pani – ponownie sie sklonil. – Ida za nim krok w krok. Beda slac wiesci regularnie.
– Dobrze! Postaraj sie, aby mieli kogo slac. Nie mamy zbyt wielu ludzi. Ruszaj!
– Tak, pani!
Rygor sklonil sie i ruszyl do wyjscia. Chcial jak najszybciej opuscic to miejsce.
– Rygor! – w samym progu powstrzymal go jej glos.
Zatrzymal sie i odwrócil. Podeszla do niego, niemal ocierajac sie o niego. Smród byl teraz tak silny, ze omal nie zemdlal.
– Rygor… – zamruczala, starajac sie brzmiec seksownie i kuszaco, co kompletnie jej nie wyszlo. – I sprowadzcie mi jakiegos jenca z osady. Osobiscie go przepytam.
– Tak, pani.
Sklonil sie po raz kolejny i wyszedl. Natychmiast ruszyl poza obóz. Za pierwszym krzakiem zwymiotowal.
*
Nad osada zapadala powoli kolejna noc. Ruch miedzy domami zamarl, a z dymników przestal wydobywac sie dym. Wszystko przejmowaly we wladanie cisza i sen. Cisza, przerywana byla z rzadka dochodzacymi od linii drzew, nocnymi odglosami puszczy. Sen posklejal oczy mieszkanców i spali teraz snem sprawiedliwych. Nikt nie przypuszczal, ze byla to dla nich ostatnia noc w zyciu. Nikt tez nie wiedzial, bo i skad, ze mnóstwo oczu wpatruje sie teraz z napieciem w osade.
*
Rozkazy byly jasne – nikogo nie oszczedzac. W miare moznosci schwytac jedynie wodza. Poza nim mordowac kazdego, aby przeklety pomiot galindzki nie deptal juz tej ziemi.
– Jak oni nam, tak i my im! – wrzeszczal Maslaw. – Glowa za glowe! Wytepimy to przeklete plemie morderców, a zaczniemy tu i teraz! Dam sztuke srebra za kazdy wrazy leb, który mi pod nogi rzucicie!
Takie dictum bardzo podobalo sie wojakom. Znacznie bardziej niz to, ze za kazde podpalenie bedzie, prócz winnego, karana na gardle cala jego dziesiatka. Szemrali troche, ale zrozumieli w koncu, ze idzie tu o bezpieczenstwo wyprawy.
*
Gdzies huknela sowa. Odpowiedziala jej inna, z przeciwnej strony osady. Od puszczy oderwaly sie liczne postacie i, pobrzekujac cicho rynsztunkiem, pobiegly ku walom. Cisza stala sie jeszcze bardziej przejmujaca. Kilka par oczu wpatrywalo sie w dal, kilka par uszu czujnie nasluchiwalo dochodzacych z dali odglosów. Wreszcie ich cierpliwosc zostala nagrodzona. Od strony osady dolecial stlumiony krzyk. Po krótkiej chwili kolejny wrzask. Wrzask mordowanego czlowieka. Jeszcze chwila i w niebo uderzyl bitewny gwar.
*
Zamknela za soba drzwi i rozejrzala sie, uwaznie nasluchujac. Nikogo. Cisza panowala kompletna, jesli nie liczyc dochodzacego z poniektórych chat chrapania. Pomknela miedzy budynki.
Jak na razie szlo jej doskonale. Nawet sie dziwila, ze wszystko poszlo tak latwo. Ale najgorsze dopiero bylo przed nia. Nocna wyprawa przez puszcze to nie bylo cos, czego nie mogla sie doczekac. Ale nie bylo tez to cos, z czym nie dalaby sobie rady. Wedrowala juz noca po lesie i to nie byle jakim, ale prawdziwej, tropikalnej dzungli w Bengalu. Powinna sobie poradzic. Mimo, ze pracowala ciezko caly dzisiejszy dzien, juz bez wizyty w szopie Sporysza, sil miala dosc. Gorzej bedzie z uniknieciem poscigu. Bo ze za nia ruszy, zwlaszcza teraz, tego byla pewna. Ale nie miala juz innego wyboru.
Byla juz niedaleko bramy. Przystanela, nasluchujac. Cisza nadal dzwonila w uszach, jedynie z poza walów dochodzilo hukanie. Niemal dokladnie takie, jak na wzgórzu. Kilka dni spedzonych w osadzie nauczylo ja troche i teraz juz wiedziala, ze to sa sowy. Jednak wyczuwala w tym hukaniu jakis falsz. Nie zdolala jednak rozwiazac tej zagadki, bo w uszy uderzyl ja przedsmiertny krzyk.
*
W niebo bil bitewny gwar. Wszedzie bylo slychac szczek broni, wrzaski mordowanych, bojowe okrzyki zbrojnych, lament i placz kobiet i dzieci. Ksiezyc sie schowal za chmury i nawet gwiazdy troche przygasly. To bylo zupelnie tak, jakby sama noc chciala ukryc przed swiatem potwornosc tej zbrodni. Nie przeszkadzalo to jednak napastnikom. Co trzeci trzymal zapalona pochodnie. Choc pomni rozkazu, niczego nie podpalali, to jednak przyswiecali sobie razno w zboznym dziele mordu. Zgodnie z rozkazem, nie oszczedzali nikogo.
Glowa za glowe! Takie haslo im dzisiaj przyswiecalo. Siekli mieczami i toporami wszystkich, którzy sie nawineli. Wyrwani ze snu mieszkancy byli latwym lupem. Bezbronni i w wiekszosci nadzy, gineli nie wiedzac nawet, co sie dzieje. Nieliczni mezczyzni bezskutecznie próbowali stawiac opór. W pospiechu nie bylo czasu przywdziac zbroi, totez w starciu z opancerzonymi i uzbrojonymi po zeby napastnikami nie mieli zadnych szans.
Ogarnieci krwawym szalem wojowie Maslawa nie mysleli nawet o gwaltach. Piekne, nagie kobiety, które normalnie wzieli by dla siebie, teraz zabijali na równi z mezczyznami i natychmiast odrabywali im glowy. Malym dzieciom roztrzaskiwali glówki o sciany domostw, wieksze siekli bardziej nawet zaciekle, niz doroslych.
Wokól osady stali rzadkim kregiem nieliczni konni, którzy brali udzial w wyprawie. Pomiedzy nimi, grupkami po kilku, stali lucznicy. Maslaw chcial miec absolutna pewnosc, ze nikt nie ujdzie z pogromu.
Sam Maslaw, wraz ze starszyzna, stal w bramie osady, otoczony grupka przybocznej gwardii. Pozieral dumnie na dzielo swoich wojowników i kiwal laskawie reka tym, którzy wyjac “glowa za glowe!” podbiegali czasem do niego i rzucali mu pod nogi krwawe trofea. Rozpierala go duma. Oto raz na zawsze zniszczy gniazdo krwawych lowców glów, którzy od wielu lat zatruwali zycie mieszkancom tych ziem. Dla jego wojów to bedzie dobra zaprawa przed decydujacym starciem z Kazimierzem. Pogladzil zadowolony brode.
*
Zydel wpadl do osady jako jeden z pierwszych. Nie bawil sie w zadne odcinanie glów. Chcial zabic jak najwiecej i jak najszybciej, zanim ktos sie zorientuje, ze wprowadzil wszystkich w blad. Kroczyl wiec pomiedzy chatami i w kazdego napotkanego mieszkanca pakowal strzale. Wszystkich szpikowal jednakowo bezlitosnie. Mial juz na koncie paru starców, kilka kobiet i kilkoro dzieci. Oraz jakiegos grubasa, w którego musial wpakowac az cztery strzaly.
Teraz gonil mlodego chlopaka, który jakims cudem uniknal juz dwóch strzal. Zwiadowca sie zastanawial, czy ma poswiecic na niego ostatnia strzale, czy sobie darowac. Wbiegli w zaulek pomiedzy dwoma chatami i jakas szopa. O jej sciane oparte byly grabie, widly, kosa i para cepów. Uciekajacy chlopak potknal sie i runal jak dlugi. Zydel natychmiast to wykorzystal. Napial luk i gdy tylko chlopak zaczal sie podnosic, wypuscil strzale. Trafil ofiare prosto w kark. Strzala przeszla na wylot, wychodzac dokladnie poprzez grdyke. Chlopaka az podrzucilo. Charczac, zwalil sie z powrotem na ziemie. Rzezac i miotajac sie, rzucal sie, rozpaczliwie próbujac zaczerpnac powietrza.
Zydel stanal nad konajacym, napawajac sie jego cierpieniem. Ksiezyc akurat wyszedl zza chmur. W jego swietle dostrzegl, ze ofiara to kilkunastoletni blondynek. Nawet przy ksiezycu bylo widac, jak gesto jego twarz pokryta jest piegami. Chlopak wierzgnal jeszcze pare razy nogami i skonal. Na twarzy zwiadowcy odmalowalo sie zadowolenie. Jednego parszywego Jacwinga mniej!
Nie zdazyl sie nacieszyc swoim triumfem, gdy nagle z boku rozleglo sie dzikie wycie i wypadl na niego kolejny przeciwnik. W ostatniej chwili uniknal ciosu tegiego kija. Odskoczyl i zobaczyl,ze jego przeciwnik to kolejny chlopak, choc mocno wyrosniety. Bardziej przypominal zwierze, niz czlowieka. Nie, takie cos nie ma prawa zyc! Zaraz zrobi z nim porzadek.
Dobyl miecza, a wtedy chlopak ponownie zaatakowal z rozpaczliwa furia. Bez trudu uniknal ciosu, podcinajac jednoczesnie nogi przeciwnika. Chlopak runal na ziemie. Zwiadowca stanal nad swoja ofiara, szczerzac radosnie zeby. Nim jednak zadal cios, z cienia wyskoczyl… wilk! Warczac wsciekle, wbil zeby w reke trzymajaca miecz. Zydel wrzasnal przerazony. Czego, jak czego, ale wilka w srodku ludzkiej osady sie nie spodziewal. Szamotal sie spanikowany i dopiero po chwili zorientowal sie, ze to nie wilk, tylko podobny do wilka pies. Wsciekly na siebie za pomylke, wydobyl wolna reka sztylet i pchnal. Rozleglo sie pelne bólu skomlenie i reka zwiadowcy zostala uwolniona. Natychmiast to wykorzystal i z rozmachem cial mieczem. Pies zaskomlal ponownie i potoczyl sie po ziemi.
Zwiadowca odetchnal z ulga. Odwrócil sie w strone chlopaka i w tym momencie zgial sie w pól. Z trudem lapal oddech i patrzyl z niedowierzaniem na sterczace z brzucha widly. Chcial sie wyprostowac, ale chlopak pchnal ponownie. I jeszcze. I jeszcze. Pchnieciami spychal rannego zwiadowce coraz dalej, az w koncu kolejnym ciosem przybil go do sciany szopy. Na usta Zydla wyplynela krew. Patrzyl przez jeszcze przez chwile na swojego pogromce, a potem zwisl bezwladnie.
*
Zdeb puscil widly i podszedl do lezacego na ziemi ciala. Na prózno szukal w nim oznak zycia.
– Piskorz…
Z oczu chlopaka poplynely lzy. Odwrócil sie, uslyszawszy bolesne skomlenie. Pies lezal na boku, usilujac bezskutecznie wstac. Gdy chlopak przykleknal przy nim, machnal niemrawo ogonem.
– Kruty!
Gardlo Zdeba scisnelo sie z bólu, gdy zobaczyl straszliwie rozrabany grzbiet ulubienca. Mial go od szczeniaka, niemal wychowali sie razem. Jego wilczego wygladu zazdroscili mu wszyscy kompani, z Piskorzem na czele. A teraz pies dogorywal w kaluzy krwi, przebierajac kurczowo lapami i skomlal rozpaczliwie, patrzac na niego proszaco. Zdeb zrozumial, czego chce jego przyjaciel. Wtulil twarz w zakrwawione kudly, glaszczac i tarmoszac ulubienca. Lzy splywaly mu po twarzy i ginely w siersci zwierzecia. Potem podniósl miecz zwiadowcy i pies zaskomlil po raz ostatni.
Siedzial nad cialami, dopóki z odretwienia nie obudzily go dobiegajace z niedaleka wrzaski. Dopiero wtedy powstal.
– Pomszcze was! – wyszeptal.
Scisnal mocniej w garsci zdobyczny miecz i pobiegl tam, skad dobiegaly odglosy walki.
*
Wpadla do srodka i zatrzasnela za soba drzwi. Natychmiast zatrzesly sie od uderzen. Czula, ze nie powstrzyma ich dluzej. Bylo ich zwyczajnie zbyt wielu. Zbyt wielu, by mogla na chwile odsunac sie od drzwi i zalozyc sztabe.
Klela w myslach, ile wlezie. Caly jej plan ponownie wzial w leb, a ona znalazla sie w punkcie wyjscia. Gorzej juz chyba byc nie moglo.
Drzwi ponownie sie zatrzesly. Tym razem nie dala juz rady. Padla na podloge, a do srodka wdarli sie zbrojni, którzy natychmiast sie na nia rzucili.
Dobrze wiec. Skoro tego chcieli, dostana za swoje. Pokaze im pare sztuczek, które pójda im w piety. Jej glowa bedzie ich drogo kosztowala.
Chata rozbrzmiala dzikimi wrzaskami wscieklosci i bólu.
*
Nasilenie rzezi osiagnelo apogeum. Wrzaski i odglosy walki rozbrzmiewaly juz w calej osadzie. Gdzie okiem siegnac, bylo widac mordujacych, w swietle pochodni, zbrojnych. Wydawalo sie, ze na te noc wyzbyli sie bezpowrotnie wszelkich ludzkich uczuc.
Jakis wojak dopadl uciekajaca kobiete. Zlapal ja za rozwiane wlosy i szarpnal, a ona przewrócila sie w tyl. Wtedy sieknal z góry toporem. Nieskutecznie. Kobieta wizgnela i szarpnela sie. Poprawil raz i d**gi. Kobieta znieruchomiala, a on uniósl w góre za wlosy krwawe trofeum. Opodal niego kilku innych oprawialo schwytanego mezczyzne. Na prózno szarpal sie w ich uscisku i blagal o litosc. Dociagneli go pod drewutnie i ulozyli na pienku do rabania drzewa. Po chwili i oni cieszyli sie swoim trofeum.
Maslaw i reszta obserwowali te sceny z zadowoleniem, ale Sedzimirowi robilo sie niedobrze. Nie tak powinna wygladac wojna. Prawda, ze to byli krwawi mordercy, ale to nie znaczylo, ze musieli sie do nich upodabniac. Na pewno byl jakis sposób, zeby inaczej to rozwiazac.
Rozwazania przerwal mu wzmozony wrzask. Zza budynków wylonila sie liczna grupa mieszkanców. Najwyrazniej ktos ich zebral do kupy i postanowili przebic sie przez brame. Na czele bieglo kilku mezczyzn i wyrostków, zbrojnych w lada jaka bron. Zamierzali utorowac droge, podazajacymi w tyle kobietom i dzieciom. Maslaw ze swoja swita skoczyli im naprzeciw.
Mieszkancy na prózno starali sie przedrzec przez napastników. Padali jeden po d**gim. Próba przebicia sie zmieniala sie w kolejna rzez. Kilku gwardzistów Maslawa zostawilo broniacych sie desperacko mezczyzn i skoczylo ku kobietom i dzieciom, stanowiacych latwiejszy lup. Rozlegly sie kolejne, mrozace krew w zylach, krzyki.
Wsród gwardzistów byl Scibor. Zadza zemsty zaslepila go niemal calkowicie. Najpierw ubil mezczyzne, a potem, gdy pognal za gwardzistami, jeszcze dwie kobiety i starca. Wyl przy tym dziko, niepomny na nic. Z boku zamajaczyla mu kolejna bezbronna ofiara. Zwrócil sie ku niej, uniósl miecz do ciosu i zamarl.
Przed nim stala mlodziutka, jasnowlosa dziewczyna. Patrzyla na niego, skulona ze strachu, wielkimi, przerazonymi oczyma. Po twarzy plynely jej lzy, a do chudej piersi tulila szmaciana laleczke. Scibor zdretwial. W zaleknionej dziewczynie zobaczyl swoja niezyjaca córke. W oka mgnieniu dotarlo do niego, czego sie tu wlasnie dopuscil. Opuscil miecz. Popatrzyl na dziewczyne i spuscil wzrok, jakby wstydzil sie spojrzec jej w oczy. Machnal reka w bok.
– Uciekaj!
Zrozumiala. Jej twarz sie rozjasnila na mgnienie oka, po czym skoczyla z powrotem miedzy domy. Patrzyl za nia zadowolony, a nawet i szczesliwy. Z oczu plynely mu lzy. Dlatego tez nie zauwazyl zblizajacego sie niebezpieczenstwa. Odwrócil sie dopiero wtedy, gdy uslyszal obok siebie dziki wrzask. Prosto na niego pedzil chlopak ze wzniesionym mieczem. Bardziej podobny do jakiegos dzikiego stwora, niz do czlowieka.
– Za Krutego! – zawyl. – Za Piskorza!
Smignal mieczem na odlew. Scibor nie próbowal sie bronic. Ciety w skron, zwalil sie bez jeku na ziemie. Chlopak wrzasnal triumfalnie i skoczyl dalej. Nie dotarl daleko. Doswiadczeni gwardzisci Maslawa natychmiast rozniesli go na mieczach.
Upadek Scibora wstrzasnal jednak najezdzcami. Kilku z nich, z Sedzimirem na czele, skoczylo go ratowac. Zamieszanie wykorzystala ocalala garstka uciekinierów i pognala za brame. Mieli nadzieje, ze uda im sie dotrzec do puszczy. Niestety, nie wiedzieli jednak o pierscieniu jezdzców i luczników, otaczajacym osade. A ci, znudzeni czuwaniem, przescigali sie teraz, to goniac konno za uciekinierami, to szpikujac ich strzalami.
Jednym z ostatnich ocalalych byl wysoki, chudy starzec w bialej szacie. Uciekal, ile mial sil w krzywych, palakowatych nogach. Kluczyl i zygzakowal bardzo skutecznie. W najmniej oczekiwanej chwili zmienial nagle kierunek. Lucznicy chybili go juz kilkakrotnie. Zmylil tez paru jezdzców. Do puszczy zostalo mu zaledwie pare kroków. Ale tutaj akurat tkwil ostatni z zamykajacych pierscien oblezenie konny. Z radoscia natarl na bezbronna ofiare.
Stary ostatkiem sil uniknal ciosu miecza, ale zmeczony ucieczka nie zdazyl odsunac sie spod konia. Zaraz tez runal na ziemie, potracony przez wierzchowca. Zanim sie pozbieral, jezdziec zdazyl zawrócic i cial powstajacego w kark.
Starzec runal do przodu na twarz, chlustajac krwia z przerabanych kregów. Jezdziec przyhamowal konia i z wolna podjechal do zabitego. Chwile przygladal sie z zadowoleniem, po czym splunal na trupa i powoli odjechal. Zabity pozostal w trawie. Gdyby tu byl którys z mieszkanców osady, rozpoznalby w zabitym Sporysza, nauczyciela miejscowych wyrostków.
Jezdny nie zdazyl zajac ponownie swego stanowiska, gdy z lasu wypadl jakis jezdziec. Szybko zblizal sie na spienionym koniu do straznika. Konny w pierwszej chwili ponownie siegnal po miecz, ale zaraz opuscil reke. Rozpoznal w przybyszu znajoma postac. Byl to Msciwój.
*
Spóznil sie! Na Jezukrysta, spóznil sie! W swietle ksiezyca widzial, jak wokól osady konni wycinaja pojedynczych uciekinierów. W samej osadzie musialo byc jeszcze gorzej. Musial koniecznie znalezc Maslawa, by polozyl temu kres.
Rozejrzal sie i, ku swemu zdumieniu, dojrzal go w poblizu, nad trupem jakiegos starca, którego na wpól odrabana glowa, jak sie okazalo, trzymala sie jedynie na strzepku miesni i skóry. Dopadl do niego zdyszany.
– Panie!
Ten spojrzal zdziwiony i Msciwój zorientowal sie, ze to wcale nie Maslaw, tylko jakis zwykly zbrojny. Podobny byl bardzo do Maslawa, jedynie jego broda byla jasniejsza i bardziej skoltuniona. Nie tracil czasu na wyjasnienia. W ciemnosciach i przy takim zmeczeniu kazdemu moglaby sie zdarzyc taka pomylka.
– Gdzie ksiaze?!
– Tamój, przy bramie – wskazal reka zbrojny.
Msciwój popedzil w tamta strone. Po drodze mijal trupy lezace w trawie. Byli tam mezczyzni, ale najwiecej bylo kobiet i dzieci. Przeklety zwiadowca! Msciwój obiecal sobie, ze Zydel zaplaci za to glowa.
*
– Co z nim? – spytal Maslaw.
Sedzimir konczyl bandazowac glowe Scibora.
– Bedzie zyl – odpowiedzial. – Alec nie wiem, czy rozum odzyszcze.
Maslaw skinal glowa. Scibor sie nie liczyl, ale wolal nie mówic tego glosno. Najwazniejsze, ze od tej pory wszystko sie zmieni. Maslaw, pogromca Galindów, tak go beda zwac. Gdy skonczy tutaj, zajmie sie tym mlodzikiem, Kazimierzem. A potem koronuje sie w Krakowie na króla! Tak, taka przyszlosc bardzo mu odpowiadala.
Mile rozwazania przerwalo mu pojawienie sie nowej postaci. Od bramy gnal ku nim Msciwój. Zdarl konia tuz przy nich i niemal sfrunal z siodla.
– A, Msciwój! – powital go Maslaw. – Zdazyles akurat na sam koniec zabawy. Wlasnie…
Urwal w polowie zdania. Z Msciwojem dzialo sie cos dziwnego. Blady jak trup rozgladal sie wokól, patrzac na walajace sie ciala i spory stosik odcietych glów w poblizu. Na dzwiek dochodzacych z dali wrzasków az sie wzdrygnal. “Dziwne to, myslalem, ze twardszy on jest.” pomyslal Maslaw.
– Przerwij to, ksiaze, natychmiast! – wycharczal Msciwój.
– Przerwac co? – zdziwil sie serdecznie Maslaw.
– Te rzez! – wrzasnal Msciwój.
Maslaw stezal. Jeszcze nigdy sie nie zdarzylo, by ktos sprzeciwil sie jego woli. Ktokolwiek to do tej pory uczynil, konczyl marnie. Jego gwardzisci, jakby wyczuwszy mysli swego pana, scisneli mocniej bron i zaczeli powoli zblizac sie do Msciwoja.
– Czy ty kwestionujesz moje rozkazy? – wysyczal Maslaw. – Wiesz, czym to grozi?!
– Chwileczke, ksiaze! – wtracil sie Sedzimir. – Znam Msciwoja od lat i wiem, ze bez powodu by tego nie robil. Niech sie wytlumaczy.
– Dobrze wiec! – warknal ksiaze. – Niech sie wyjasni. Krótko i szybko!
– Mów przyjacielu – zwrócil sie Sedzimir do Msciwoja. – Ale lepiej, abys mial dobry powód.
Msciwój odetchnal gleboko kilka razy.
– Mam dobry powód. – wypalil. – To nie jest Kusoo! To sa Dydwilly!
Gdyby teraz z nieba zaczely walic pioruny, obracajac wszystko w szczere zloto, obecni nie zdziwili by sie bardziej. Maslaw pobladl jak plótno, Sedzimir zlapal sie za glowe, gwardzisci porozdziawiali geby, gapiac sie jeden na d**giego. Pierwszy przyszedl do siebie Dobieslaw.
– Pewnys tego? – spytal surowo.
– Glowe dam za to – odparl stanowczo Msciwój. – Dopierom niedawno sie zorientowal. Dlatego tez i tak tu spieszylem, by was powstrzymac. Alem nie zdazyl. Koniowi musialem dac wytchnac, bo inaczej bym go zajezdzil na smierc. Wymordowaliscie niewinnych ludzi! – podniósl glos – Swoich wlasnych sojuszników! Czy po to rozejm z nimi zawarto, by ich teraz tak bestialsko wymordowac?!
Walil ich slowami, jak kijem. Oni, na przemian to bledli, to czerwienieli, nie wiedzac, gdzie podziac oczy.
– Ale jak?! – wrzasnal Sedzimir. – Jak to mozliwe, zeby tak sie pomylic?!
– To ten zwiadowca – wyjasnil Msciwój. – Celowo tak poprowadzil wojska. A nikt, prócz niego, nie znal drogi. d**giego zwiadowce ubil Scibor w kasztelu, a inni zostali doma. Jesli nawet kto ze zbrojnych prawde znal, to milczec wolal.
– Ale dlaczego? – otrzasnal sie w koncu Maslaw. – Dlaczego to zrobil?!
– Z zemsty za brata. Od poczatku to chyba planowal. Dlatego tak chetnie, mimo zmeczenia, na wyprawe sie zglosil,
Msciwój odetchnal i naparl na Maslawa, a Sedzimir zaraz go poparl.
– Przerwijcie to! Natychmiast!
– Przerwij to, ksiaze!
Maslaw potoczyl wokól wzrokiem. Wszystkie jego plany wlasnie zawalily sie w gruzy. Nikt teraz nie zechce nawet rozmawiac z morderca swych wlasnych sprzymierzenców. Zostalo mu jedynie stawic czola Kazimierzowi i liczyc na zwyciestwo.
– Obawiam sie, ze jest juz za pózno – rzekl cicho Maslaw.
Msciwój zachnal sie. Sedzimir chcial cos powiedziec, ale zrezygnowal. Faktycznie, bylo juz za pózno.
Z pomiedzy chat wychodzili gromadnie wojowie Maslawa. Szli powoli i dumnie, wielce radzi z dobrze wykonanej roboty. Niemal wszyscy niesli ze soba po kilka glów. Najwytrwalsi, a moze najbardziej zazarci, niesli ich nawet po kilkanascie.
Sedzimir zblizyl usta do ucha Maslawa.
– Wyglada na to, ze chca obiecanej nagrody – syknal.
– Jakiej nagrody? – Msciwój spojrzal na nich pytajaco.
– Ksiaze obiecal sztuke srebra, za kazdy wrazy leb – oswiecil go Dobieslaw.
Msciwoja zatkalo. Tymczasem wojacy gromadnie zaczeli rzucac Maslawowi pod nogi odrabane glowy. Ich ilosc byla tak zatrwazajaca, ze nawet Maslaw pozielenial. Nie spodziewal sie widac tak obfitego “lupu”. Zbrojni zaczeli wiwatowac, a ich wódz ciagle nie wiedzial co powiedziec. Msciwój przejal inicjatywe.
– Hej, ludzie! – zawolal. – Nie pora teraz na wiwaty. Musim jak najszybciej sie stad wyniesc. Niech wszyscy sie zbiora przed brama i uszykuja do wymarszu. I przyprowadzcie zwiadowce, któren nas tu przywiódl! Ksiaze ma dla niego specjalna nagrode!
Wojowie zamruczeli. Widac bylo, ze nie sa zbyt zadowoleni, ale ich szacunek do Msciwoja byl tak duzy, ze poslusznie pomaszerowali w strone bramy. Za nimi ruszyli niektórzy gwardzisci Maslawa. Spieszno im bylo podzielic sie z reszta niezbyt szczesna nowina.
– Dobrze – pochwalil Msciwoja Sedzimir. – Nie ma teraz czasu na tlumaczenie im, ze zaden z odcietych lbów wrazy nie jest …
– A co z ich wodzem? – spytal nagle Dobieslaw. – Mieli próbowac wziac go zywym!
– Wypytam ich! – poderwal sie Msciwój.
Maslaw nie wtracal sie do ich rozmowy. Pozwolil by przejeli dowodzenie. Byl zbyt pograzony we wlasnych, niezbyt szczesliwych, rozmyslaniach, by zawracac sobie teraz glowe takimi rzeczami. Musial szybko zdecydowac, co dalej. A przede wszystkim musial jakos odreagowac narastajace w nim, ogromny stres i wscieklosc.
Od bramy wracal Msciwój. Prowadzil ze soba kilku wojów.
– Mówcie ksieciu, co z wodzem! – nakazal, gdy tylko podeszli.
– Eeee… no… – wyjakal jeden. – Znalezli my chate tego wodza.
– I co? – rzucil ostro zainteresowany nagle Maslaw.
– Wszyscy nie zyja – oznajmil krótko wojownik. – I wódz, i cala jego rodzina.
– Coooo?! – wrzasnal ksiaze. – Wyraznie nakazalem, by brac go zywcem!
– Ale… – baknal wojak.
– Nawet nie próbowaliscie wziac go zywcem, co?! – Maslawowi na usta wyszla piana.
– Kiedy my… – zbrojny próbowal cos wyjasnic.
– Tchórze! – Maslaw nie dal mu dojsc do glosu. – Ani slowa wiecej! Precz mi z oczu!
Wojownik poslusznie zamilkl. Poklonil sie nisko i, zerkajac bezradnie na kompanów, wycofal sie z nimi w strone bramy. Maslaw patrzyl za nimi, posapujac gniewnie. Za chwile mial sie rozsierdzic jeszcze bardziej.
Bo oto z pomiedzy budynków wypadli wojownicy, wyslani na poszukiwanie Zydla. Zdyszani przystaneli przed Maslawem, patrzac na siebie niepewnie. Widac bylo, ze nie przynosza dobrych wiesci.
Sedzimir przezornie stanal w poblizu Maslawa. Rozwscieczony ksiaze byl zdolny do wszystkiego.
– No i…? – spytal wojowników Dobieslaw.
– Znalezlim go – odparl jeden z nich. – Ale ubitego. Ktos sklul go widlami i do sciany przyszpilil.
Maslaw zaklal siarczyscie. Nawet okazja do zemsty wymknela mu sie z rak. Rozgladal sie wsciekly dookola, patrzac, na kim wyladowac swój gniew.
Pozostali nie zwracali na niego uwagi. Sedzimir wydal rozkazy i kilku gwardzistów dzwignelo rannego Scibora. Razem skierowali sie do bramy. Maslaw zgrzytnal zebami i ruszyl za nimi.
– Heeeeej! – rozleglo sie za nimi. – Poczekajcie na nas!
Obejrzeli sie. Za nimi gnal Slawko. Z tylu, z pomiedzy domów, wychodzilo paru zbrojnych, prowadzac kilka niewiast. Oslupieli. Bylo to wyrazne zlamanie rozkazu Maslawa. Patrzyli z napieciem na ksiecia, czekajac co zrobi.
Maslaw byl oniemialy na równi z innymi, ale najszybciej sie opamietal. Podszedl do Slawka, mierzac go ponurym spojrzeniem.
– Co to ma znaczyc? – spytal groznie. – Wyraznie rzeklem, aby nie brac jenców!
– Branki wzialem, nam na ucieche! – oznajmil radosnie Slawko, ani troche nie przejmujac sie mina Maslawa. – Trzymalim je w chacie, coby nikt ich nie poubijal z rozpedu.
Maslaw spojrzal nan wsciekle. Jednak, jak sie okazalo, mlody Slawko doskonale znal swego pana. Wyciagnal do przodu jedna z pojmanych kobiet. Wysoka, o dlugich, gestych, lekko kreconych wlosach, koloru dojrzalych kasztanów. Jako jedyna miala mocno zwiazane na plecach rece. Po twarzy splywala jej krew, na policzku widnial spory siniak, a z rozdartej koszuli wystawala na zewnatrz duza, jedrna piers. Slawko chwycil ja w dlon i potrzasnal.
– Patrzajcie, panie! – wyszczerzyl sie radosnie. – Widzieliscie kiedy taki cyc dorodny? Mówie wam, bedzie sie ona chedozyc, jak zloto.
Kobieta spojrzala na niego ponuro, a Maslaw przelknal sline. Pozostali zblizyli sie, gapiac sie ciekawie na kobiety. Msciwój, ujrzawszy kobiete wybrana przez Slawka, pobladl jak sciana, jednak nikt nie zwrócil na to uwagi. Sedzimir podszedl do ksiecia.
– Panie, musimy je uwolnic! – szepnal mu do ucha. – Nie mozna tak! Moze uda sie to jakos zalagodzic!
Maslaw wahal sie chwile. Popatrzyl na Sedzimira, Msciwoja, na Dobieslawa, szczerzacego domyslnie zeby, wreszcie na usmiechnietego lubieznie Slawka, wciaz potrzasajacego piersia kobiety. Przelknal ponownie sline i zdecydowal.
– Zabieramy je! – rozkazal. – Co sie stalo, to sie nie odstanie. Pare dziewek nie zrobi róznicy. A ludziom cos sie nalezy za trudy.
Sedzimir zgrzytnal zebami. Msciwój, wciaz patrzac na branke, chcial cos powiedziec, ale Maslaw mu na to nie pozwolil.
– Rzeklem! Teraz ruszajmy stad co rychlej.
Spojrzal na branke trzymana przez Slawka i na jego twarzy pojawil sie identyczny, lubiezny usmiech, jak u chlopaka.
– A te wezmiemy dla siebie.
– Ja? – Slawko spojrzal na kobiete. – Tylko ostroznie, panie. Dala sie nam ona we znaki. To prawdziwa diablica jest. Ona…
– To i dobrze – Maslaw nie zwrócil na ostrzezenie uwagi. – Na najblizszym noclegu sprawdzimy, co potrafi. W droge! Swit blisko!
*
Wiezy wpijaly sie w jej skóre. Ci, co ja wiazali, nie silili sie na delikatnosc. Byla spetana sznurami, niczym wielkanocna szynka. W dodatku bolala ja glowa, a guz na potylicy osiagnal juz chyba rozmiary dojrzalej dyni.
Wszystko sprzysieglo sie przeciwko niej. Wszelkie plany wziely w leb, a jej przyszlosc ponownie stala sie wielka niewiadoma. Zamiast na wolnosc, trafila do kolejnej niewoli. W dodatku byli to bezwzgledni, krwawi mordercy. Zdazyla zobaczyc zaledwie maly fragment ich wyczynów, ale to wystarczylo, by wyrobic sobie o nich odpowiednia opinie. Teraz byla zdana na ich laske i nielaske. Zwiazana i pilnowana, nie mogla nic zrobic. Mogla tylko czekac, jak sie sprawy potocza. Z tego, co zauwazyla i uslyszala, przeznaczyli ja na wieczorna zabawe dla starszyzny. Trzeba bylo cierpliwie zaczekac. Byc moze wtedy uda sie wykorzystac sprzyjajaca okazje.
Poruszyla niecierpliwie zwiazanymi ramionami. Wiezy pily coraz mocniej.
*
*
*
Tak to mniej wiecej bedzie wygladac, gdy juz sie ukaze. Dodam nieskromnie, ze pomysl na okladke tez jest mojego autorstwa. Choc nie wszystko jest zrobione tak, jak chcialem. Ale to juz norma. Niektórzy z tutejszych Czytaczy, rozpoznaja pewnie swoje komentarze…

Bir cevap yazın

E-posta hesabınız yayımlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir

antep escort izmir escort tuzla escort